To było gdzieś...połowa grudnia 2011 roku, 17? 18? grudzień? Coś takiego. Siedziałem wtedy w Betlejemce, Adi zjechał na dół, a ja przez kilka godzin pełniłem funkcje chatara. Paliłem w piecu aż miło, bo co tu robić. Byłem sam, jedyny, nawet nie wiem co tam robiłem. Chyba na kogoś czekałem. Bodajże na Grześka.
I wtedy zapukał On. Sławek. Sławek Pela. Szybko złapaliśmy wspólny język, a po godzinie, czy nawet mniej opowiedział mi o swoim planie: wyprawy na Malubiting. (...?) Co to jest? I gdzie to leży? Szybko znalazłem
na google zdjęcia, ale nie było ich zbyt wiele. Sposób w jaki opowiadał i ogień w jego oczach od razu mówiły: Ty też będziesz jechał z nami. I tak też było, i tak się zaczęło. Dwa tygodnie później wspinaliśmy się
w Tatrach, a dwa lata później byliśmy razem w Bezengi i przeżywaliśmy razem trudności niewygodnych biwaków, z ciasnoty, nosem wetkniętym w burty namiotu.

 

***


Po powrocie zaczęliśmy zagęszczać ruchy. Spraw do ogarnięcia było sporo, a funduszy nie było zbyt wiele, także przed kierownikiem (Sławkiem) wyprawy, czyli głównym organizatorem, zadanie nie było łatwe. Z czegoś trzeba było rezygnować, a pewne rzeczy musiały po prostu być. Koniec końców, nadszedł czas kiedy bilety zostały kupione i znany był termin wylotu. Sławek czekał na nas na miejscu, Tomek wylatywał innym samolotem, a ja z Krzychem Mularskim i Łukaszem Szwarczyńskim lecimy Qatarem do Doha, a potem prosto do Islamabadu. Będąc już w stolicy Pakistanu wciąż nie mogłem uwierzyć, że udało się to wszystko jakoś dopiąć: Ludzi, sprzęt, przede wszystkim pieniądze, no i wiadomo motywacje do działania, która po kilku latach była cały czas taka sama albo i większa. Euforia radości ze spotkania ze Sławkiem, który na nas czekał tutaj od kilku dni. Zdążył oprowadzić nas po hotelu naszej agencji,przekazać nam najważniejsze informacje i dalszy plan działania. Z samolotu do Skardu nic nie wyjdzie bo pogoda jest słaba, nie ma czasu i trzeba jechać Karakorum Hiway. Wtedy jeszcze taką informację przyjąłem z obojętnością, ale niedługo miało się okazać co to naprawdę znaczy "jechać", a "lecieć" do Skardu.

 

***

 

Wąska droga, potężne urwiska i obrywy, niebezpieczne mijanie, które opiera się głównie
na doświadczeniu kierowcy, to zaledwie kilka procent wrażeń których możemy doświadczyć
na Karakorum Hi Way. Nie sposób opisać całą drogę tutaj, bo to historia na osobny felieton. 

Po trudach jazdy w pełnym słońcu, po krętej drodze i stłoczeni w busie, zmęczeni docieramy
w końcu do Skardu, a stąd po dwóch dniach przerwy jeepami do Arandu - wioski której nazwę wielokrotnie słyszeliśmy w filmie dokumentalnym o pierwszej polskiej wyprawie w Karakorum, a dokładniej właścnie na Malubiting. Po kilku dniach marszu lodowcem docieramy do bazy. Naszym oczom ukazują się coraz to wspanialsze widoki i coraz bardziej okazałe szczyty. W bazie postanawiamy najpierw próbować uderzać na Spantik. (mamy pozwolenie na oba szczyty tzn. Spantik i Malubiting). Kierujemy się głównie myślą, że jest łatwiejszy i szybko powinniśmy się na nim zaaklimatyzować, a potem po naszym domniemanym celu aklimatyzacyjnym(Spantik), przenieść działalność na położony obok Malubiting. Jak się okazało później ta decyzja przeważyła nasze szanse w przyszłych próbach na tej górze. Wejściem na Spantik, pogrzebaliśmy realne szanse na działanie na Malubitingu. Ale o tym później.

 

***

 

Od razu po dojściu do bazy na drugi dzień wychodzę zakładać C1 pomimo że reszta potrzebuje jeszcze odpocząć. Czuję się dobrze a już wiem z doświadczenia że w takich górach nie ma co czekać. Jest pogoda to trzeba działać, a kiedy będzie słabo możemy siedzieć. Dość sprawnie doszedłem do C1, intuicyjnie po śladach wyprawy japońskiej działającej tu od kilku dni. C1 stoi na ok. 5400, czyli z bazy (4300m.n.p.m.) to jakieś 1100m przewyższenia. Od razu zabieram się do kopania platformy pod namiot i łapię zadyszkę co kilkanaście sekund. Zostawiam depozyt i schodzę na dół póki jeszcze coś widać, bo wkrótce zajdzie słońce.

W bazie jestem wieczorem. Składam relację i opis dalszej części drogi chłopakom w bazie. 

Nazajutrz wychodzimy wszyscy. Dochodzimy do C1, śpimy, a nazajutrz stawiamy C2, bo słońce nie pozwala dalej iść po ramieniu Spantika. Zapadamy się po kolana coraz głębiej. Odpoczynek, głowy bolą, ale w planach mamy jeszcze zejście na dół do bazy. 

Pogoda jest coraz lepsza. Niebo z każdym rankiem pozwala zobaczyć coraz więcej szczegółów. Morze gór, aż po horyzont. Po kilku dniach mamy w planach założyć C3 i być może spróbować zaatakować, choć nikt za bardzo jeszcze nie chce o tym głośno mówić. Wiemy że dobiega koniec aklimatyzacji na Spantiku i powinniśmy działać już pomału na Malu. Bez problemu dochodzimy do C1(byłego C2), Krzysiek zostaje w bazie ze względu na zatrucie. Dzień później próbujemy dostać się do C3 ale znów grzęźniemy w pełnym słońcu pod tzw. Snow Dome (Śnieżną kopułą), po usilnych próbach przedarcia się przez dość stromy teren z pomocą lin poręczowych zostawionych japończyków. Decydujemy się na biwak, a dzień później wczesnym ranem napieramy. Tuż za zwieńczeniem kopuły rozbijamy kolejny biwak, na wygodnym wypłaszczeniu. Jest dość wcześnie. Także czas na odpoczynek jest. Decydujemy, że jutro będziemy uderzać na szczyt. Głowy nie bolą, a pogoda pozwala działać dalej. 
Budzik nastawiony na 0:00 w końcu dzwoni. Wstajemy. Gotowanie i jedzenie trwa trochę zanim dochodzimy do siebie i wychodzimy z namiotu. Wiążemy się liną, idę pierwszy. Jest zimno. Czuć to wyjątkowo. Amplituda dzień-noc musi być duża. (-15 - 20)?? na pewno nie mniej. Robię kilka kroków
i wymiotuję. Mój żołądek, nieprzyzwyczajony do nocnego jedzenie, w tym na domiar obfitego nie toleruje do tego wysiłku. Musi sam sobie wybrać. Chłopaki czekają chwilę, słyszę Sławka za mną że: "Ładnie się zaczyna..." ale szybko się zbieram i idziemy dalej. Epizod trwał dosłownie 30s. Co kilkadziesiąt kroków siadamy wzajemnie na palcach swoich butów. Jest zimno niesamowicie. O świcie wyłania się ogromne plato na którym  zmieściłoby się chyba kilka lotnisk. Jest szczytowa kopuła, choć nie tak banalna. Obieramy intuicyjnie drogę
z lewej strony i jak się potem okazuje trafną. Co kilka kilkaset metrów się zmieniamy na prowadzeniu. Wyżej idziemy związani w dwóch zespołach Tomek i Łukasz idą pierwsi potem my ze Sławkiem. Pogoda zaczyna się psuć a jest ok. 10:00. Pojawia się mgła, potem wiatr i w końcu opad. Tempo choć całkiem  dobre do 6800m, pod szczytem  spada, ale przełamujemy zadyszkę i stajemy na szczycie. Niewiele pod szczytem
w kominku znajdujemy szablę, co utwierdza nas w obraniu właściewej drogi. Na szczycie jesteśmy dosłownie na chwilę. Ciężko nazwać szczyt - "szczytem" bo jest to ogromna połać bez wyraźnego wierzchołka. Stajemy na jego skraju aby nie wejść na żaden nawis. Altimetr już dawno wskazuje 7050. Schodzimy, bo wieje coraz mocniej a opad się na sila. Po dwóch godzinach jesteśmy na plato, ale panuje taki "whiteout" że tracimy orientację. Cały czas posuwamy się do przodu, ale zmęczenie i wysokość płatają figle w głowach. Widać to i słychać w rozmowach. Nie jest łatwo. Często siadamy bo nie chcemy iść na oślep. Ostatni nie widzi pierwszego a dzieli nas 30m. Schodzimy omyłkowo w pasmo seraków, ale ktoś dostrzega namiot mocno z lewej, bo akurat wiatr przewiał chmury na kilka sekund. To była tylko ręka Boga. Do namiotu docieramy po 15h akcji o 17:00. Nazajutrz opad się tylko wzmógł, nic lepiej. Patrzę na miejsce z którego się wczoraj wycofywaliśmy...uf...nie wiele brakowało a byłby dramat wysoko w górach Karakorum. 

Wykorzystujemy do zejścia poręczówki zostawione przez Japończyków. Nie powiem że nie były pomocne. Śniegu dopadało dość i pomagają nam zejść w śniegu do pasa...tyle tego napadało.
W dolnej części ramienia jest już lepiej, choć mgła znowu nie pozwala zwiększyć tempa. Miejsc nie poznaję, znów mam wrażenie, że idę tędy pierwszy raz. W C2 spotykamy Krzycha i schodzimy razem do bazy zabierając ze sobą depozyt. Plecaki ważą chyba ze 30kg, ja mam jeszcze narty...

W bazie wita nas Hussain i Nazir, nasi kucharze którzy tworzą nam w tych warunkach arcydzieło czyli tzw. summit cake : ) Widząc załamanie pogody bardzo się bali, ale najważniejsze że wierzyli
w nasz sukces. Na dobre skończyliśmy ze Spantikiem, teraz przyszła kolej na Malubiting, choć na pewno potrzebujemy dłuższej przerwy na regenerację...

Całość akcji od przyjścia do bazy zajęła 10dni, także tempo mieliśmy do tej pory niezłe...

 

***

Pogoda szybko wróciła do normy, ale nasz impet natarcia spadł choć nastroje pozostały dość bojowe. Do bazy dociera Deny, który ściąga resztki depozytu z ramienia Spantika, a my działamy już powoli na lodowcu Malubitinga. Trasujemy drogę, choć odległości sa tu jeszcze większe niż na Spantiku. Do domniemanego C1 docieramy po...2dniach. Lodowiec odkrywamy na nowo. Wyprawy działają tu niezwykle rzadko dlatego nie jest on zbyt dobrze opisany. Odnajdujemy najlepszy wariant przejścia. Docieramy następnego dnia do przełęczy. Z tej perspektywy wygląda to poważnie. Lawiny wytopionych ścian grzmotem walą się ze wszystkich stron. Tu w małym kociołku jesteśmy bezpieczni. Sławek z Tomkiem próbują forsować w samo południe przełęcz, ale ja odpadam słońce świeci niemiłosiernie. Czekam...czekam...obserwuje chłopaków co pewien czas i kiedy przez 2h robią 20m, dają za wygraną.  Wracają rozbijamy namiot i próbuję wieczorem
z Tomkiem forsować przełęcz raz jeszcze w nocy. Przejmuję prowadzenie i docieramy do ok 2/3 wysokości. Wspinanie idzie opornie ze względu na odnajdywanie najbezpieczniejszego wariantu przejścia. W końcu decydujemy się na odwrót. Teren robi się coraz trudniejszy a asekuracja się kurczy bo zakładamy poręcze. Nazajutrz Sławek z Łukaszem mają uderzać, ale dowiadujemy się o załamaniu pogodowym i schodzimy na dół do bazy. W tym momencie nadchodzi kryzys który pieczętuje dalszy los wyprawy. Sławek ma problemy
z kręgosłupem, Krzyśka i Łukasza trapi zatrucie pokarmowe, zostajemy tylko Ja, Tomek i Deny. Z tym,
że Tomek nie decyduje się na szybkie wyjście. My z Denym wychodzimy po kilku dniach, jeszcze w trakcie załamania aby w ładnej pogodzie działać w kluczowym terenie. Podchodzimy na skiturach pod samą przełęcz, oczywiście śpiąc po drodze w C1. Pogoda słaba to mało powiedziane. Pod przełęczą gubimy sygnał GPS nie wiemy gdzie jesteśmy i kopiemy jamę. Idziemy spać zupełnie nie wiedząc gdzie się znajdujemy. Budzi nas tumult i śnieg zasypujący jamę. Wyskakuję, lecz lawina zdążyła nas zasypać. Jedną sprawna ręką staram się wydobyć drugą,  wydostaje się na powierzchnię i czym prędzej odkopać Dengo który jest cały pod śniegiem. Żyjemy......!!!! Namiot był 300m dalej!  Fakt, cały zasypany. Świt ukazuje nam naszą jamę i serak który jest centralnie nad nią. Cud! Że tylko tyle. Mam za dużo wrażeń. Po 2h dochodzę do siebie i zjeżdżam na nartach do C1.
A potem do bazy gdzie czeka Sławek. Chłopacy próbują jeszcze wydostać się na przełęcz ale niestety dają za wygraną i schodzą.

 

***

 

Jesteśmy w bazie. Pogoda rzeczywiście fatalna. Dobrą pogodę wykorzystaliśmy na Spantik. Pogoda minęła,
a sezon się powoli kończy. Japończycy którzy weszli tydzień po nas już dawno zawinęli się do domu, zostaliśmy sami. Każdy analizuje wyprawę, tysiące myśli. Wracam do normalnego życia...ostatnie myśli o górach, ostatnie spojrzenia za siebie...Spantik...i znika. Zostawiam tu niedokończone sprawy. Ale teraz trzeba przestawić się na inne tory. Przecież wkrótce rodzi mi się wyczekiwana córcia Julka. 

Schodzimy do Arandu. 

W hotelu w Rawalpindi spędzam jeszcze 5dni ze Sławkiem, bo wszyscy polecieli wcześniejszymi samolotami.

Okazało się, że był to ostatni czas względnego spokoju, bo za niedługo miałem stanąć na równe nogi,

sam nie wierząc jakie życie jest przewrotne.

 

 

+++Pamięci Mojej Kochanej Córci Julci

 

12 października 2016
Jak to było z tym MALU?

Copright 2016               Mateusz Grobel

Ta strona została stworzona za darmo w WebWave.
Ty też możesz stworzyć swoją darmową stronę www bez kodowania.