2011
Inicjacja

 

Było to dokładnie cztery lata temu, kiedy zawitałem tam po raz pierwszy. Była to też moja pierwsza poważna wyprawa, organizowana zresztą na wariackich papierach i nie wiedziałem czego można się spodziewać zarówno wysoko w górach jak i nizinach. To tam również po raz pierwszy góry uświadomiły mi, jakie miejsce zajmuje człowiek, w stosunku do świata wiecznego śniegu
i niedostępnych turni. Jest to ostatni rząd, po lewej, pod stołem…

 

Każdy kolejny raz, każda wspinaczka, zwłaszcza w tym miejscu, owocuje żmudnym i powolnym, niekończącym się procesem zdobywania najważniejszej cechy u każdego alpinisty, wspinacza, himalaisty, …można nawet by rzec, każdego człowieka – doświadczenia. To stamtąd wynosiłem lekcje pokory, ale też i zawziętości, drogi do celu, sensu tego co chce osiągnąć. W tym miejscu nauczyłem się, że sukces  to nie samo wejście na szczyty, ale powrót do bazy. Dopiero wtedy można mówić o sukcesie. Tam zejście żywym gwarantuje o uznaniu. Bezengi. Moja enklawa do której wracam
 i chcę wracać.

 

***

 

2012
Dych Tau – Trzyma do końca

 

Mając wyżej wspomniane, nieocenione doświadczenie z roku poprzedniego, po wcześniejszej aklimatyzacji na Piku Kursantów (3850m) i dość wymagającemu wspinaniu Misses Tau (4427m) uderzamy wraz z Przemkiem Formickim na północną grań Dych Tau (5204m). Mam porachunek z roku wcześniej gdzie gwałtowna burza zmusiła nas do odwrotu. Teraz, całość akcji przebiega sprawnie, na sam wierzchołek uderzamy na lekko przy kapitalnej pogodzie, jednak pod samym szczytem sytuacja zaczyna się komplikować. Potężne masy burzowych chmur przewalają się przez pobliski masyw Szchary ocierając się o wierzchołek DychTau. Postanawiamy jednak iść dalej i z niepokojem stajemy jednak na szczycie. W powrocie wiatr się wzmaga,
ale jesteśmy dość rozluźnieni aby szybko zorientować się co nadchodzi. Dych Tau perfekcyjnie uśpił naszą czujność. Podczas gdy dochodzimy akurat na ostatni biwak, my ucieszeni że „witamy się z gąską” nadchodzi pierwsza fala „sztormu”,  który będzie trwał cały najbliższy wieczór, noc, ranek. Namiot rozbijaliśmy w ten sposób, że Przemek wskoczył susłem do środka, aby ten nie odleciał, a ja kotwiłem go liną do najbliższej skały. Pomimo tego namiot i tak kładł się jak domek z kart, targany gradem. Następnego dnia dotarliśmy do bazy, aby tam przekonać się że skupionym trzeba być absolutnie do końca.

 

***

 

2013
Kosztan Tau. Ułłuauz. – Spotkanie 5go stopnia

 

Jadąc na Kaukaz już mieliśmy dokładnie sprecyzowane cele. Wiedzieliśmy, że chcemy czegoś dokonać, bez oklepywania tych samych schematów przez każdą wyprawę. n-wejście filara Szchary nie wchodziło wtedy
w rachubę. Co nie zmienia faktu, że sam filar jest przejściem bardzo wymagającym i honornym. Chcieliśmy dołożyć swoją kartę w polskich przejściach w rejonie Bezengi. Tak więc nadszedł dobry moment żeby to zrealizować. Wraz z Moniką Maniecką i Sławkiem Pelą zdecydowaliśmy, z nutą bezczelnej pewności, że chcemy iść na drogę Riskina (5A) na Ułłuauz, ku zdumieniu tamtejszych „Majstrów Sporta” w KSP. Okazało się że nikt na tą drogę nie chodził od lat, co dla nas było jeszcze bardziej motywujące że cel który wybraliśmy jest wręcz idealny, bądź zbliżony do ideału. Ściana okazała się bardziej wymagająca niż wyglądała, a sama akcja trwała
5 dni (morena-szczyt-morena lodowca). Dodatkowo wpadliśmy w słynne „oko cyklonu”, którego moc, poznałem rok wcześniej. Tak zaprawieni stwierdziliśmy, że już nic gorszego nie może nas spotkać, więc przyszedł czas na gwóźdź programu jakim był 5ciotysięcznik. Wybór padł na Kosztan Tau i jego rzadko chodzony trawers: wejście na Pik Tichonowa (4747m), KosztanTau(5150m), Biwak ‘3900’. Bardziej niż na wcześniejszych moich wspinaczkach, weszliśmy w trawers z nutą niepewności, ponieważ do końca nie wiedzieliśmy czego można się spodziewać. Podbudowani dniem pierwszym – żebrem Piku Tichonowa, weszliśmy w grań Kosztana, niczym małe pionki, w wielkiej grze na szachownicy. Grań zagadka. Turnie, konie, ostrze noża. Śladów ludzkiej obecności – po prostu, nic. Pamiętam jeszcze, że dyskutowaliśmy na Piku Tichonowa o ewentualnej rezygnacji z dalszego trawersu, bo to było ostatnie miejsce na wycof. Ale pomimo dyskusji o różnych zagrożeniach, nie było realnego powodu dlaczego tego nie spróbować. Szansa powodzenia była po prostu za duża. Słońce, bez wietrzna pogoda, i ocena realnej odległości do biwaku. Szybko życie weryfikuje plany. Drogę musieliśmy rozbić na dwa dni na wschodniej grani, do tego szczyt i długie zejście najeżoną nawisami, północną granią i kruchym kuluarem, by po 4dniach zameldować się z powrotem na biwaku 3900. Ale decyzja o trawersie była strzałem w przysłowiową dziesiątkę. To jedno z tych przejść które człowiek odtwarza w pamięci, chyba już do końca swojego życia.

 

***

11 października 2016
Kaukaskie retrospekcje

Copright 2016               Mateusz Grobel

Ta strona została stworzona za darmo w WebWave.
Ty też możesz stworzyć swoją darmową stronę www bez kodowania.